Wysoko, nad horyzontem zamglonym i słabo widocznym, coś niewyraźnego, zmącenie błękitu, skaza szarego koloru, która nabiera kształtu, i widzę teraz wyraźnie, jak wierzchołek góry zawieszony jest na wysokościach niby w krajobrazach japońskich. Jest niewypowiedzianie piękny — ów kawałek odległej skały unoszącej się w powie-trzu za sprawą mgły. Patrzę dalej, jak góra rozrasta się, schodzi wolno, majestatycznie po stopniach, aż przed oczami osiada na morzu łańcuch górski, wypełniając horyzont.

 I jest wyspa.

 

Tak zaczęła się dla mnie Kreta, od nieba, jak bóstwo.

 

  1. Herbert, „Labirynt nad morzem”, s. 8.

 

 Do Grecji jechałem na spotkanie z krajobrazem [...] wymykającym się opisowi przez samą swoją naturę. Niepodobna znaleźć miejsca, które byłoby choćby w przy-bliżeniu sumą, syntezą doznań wzrokowych podróżnika, niepodobna wykroić z tego splątania błękitu, gór, wody, powietrza i światła żadnego widoku i powiedzieć — to Grecja. Można rzec naturalnie, że tak jest zawsze z krajobrazem różnorodnym, ale tu mamy do czynienia nie tyko z bogactwem. Jednym z najmocniejszych doznań, jakie nie opuszczało mnie w Grecji, było doznanie ruchu, jakby oczy otwierały się wciąż na bolesny dramat narodzin ziemi.

 

  1. Herbert, „Próba opisania krajobrazu greckiego”, s. 59.

 

 Stojąc na Akropolu przywoływałem dusze moich poległych kolegów, użalałem się nad ich losem, już nawet nie nad śmiercią okrutną, ale współczułem, że odebrana im została niewyczerpana wspaniałość świata. Sypałem ziarna maku na zapomniane groby.

 

  1. Herbert, „Duszyczka”, s. 90.

 Jednym z grzechów śmiertelnych kultury współczesnej jest to, że małodusznie unika ona frontalnej konfrontacji z wartościami najwyższymi. A także aroganc-kie przeświadczenie, że możemy obyć się bez wzorów (zarówno estetycznych, jak i moralnych), bo rzekomo nasza sytuacja w świecie jest wyjątkowa i nieporównywalna z niczym. Dlatego właśnie odrzucamy pomoc tradycji, brniemy w naszą samotność, grzebiemy w ciemnych zakamarkach opuszczonej duszyczki.

 

Istnieje błędny pogląd, że tradycja jest czymś podobnym do masy spadkowej, i że dziedziczy się ją mechanicznie, bez wysiłku, dlatego ci, którzy są przeciw dzie-dziczeniu i niezasłużonym przywilejom, występują przeciw tradycji. A tymczasem w istocie każdy kontakt z przeszłością wymaga wysiłku, pracy, jest przy tym trudny i niewdzięczny, bo nasze małe „ja” skrzeczy i broni się przed nim.

 

Pragnąłem zawsze, żeby nie opuszczała mnie wiara, iż wielkie dzieła ducha są bardziej obiektywne od nas. I one będą nas sądzić. Ktoś słusznie powiedział, że to nie tylko my czytamy Homera, oglądamy freski Giotta, słuchamy Mozarta, ale Homer, Giotto i Mozart przypatrują się, przysłuchują nam i stwierdzają naszą próżność i głupotę. Biedni utopiści, debiutanci w historii, podpalacze muzeów, likwidatorzy przeszłości podobni są do owych szaleńców, którzy niszczą dzieła sztuki, ponieważ nie mogą wybaczyć ich spokoju, godności i chłodnego promieniowania.

 

  1. Herbert, „Duszyczka”, s. 91

 

 Nigdy nie przestałem wierzyć, że Akropol istnieje realnie i spotkanie twarzą w twarz nie było wcale konieczne dla umocnienia tej wiary. Akropol był cudem rzeczywistym. Nie wodził zmysłów na pokuszenie, nie obiecywał, że będzie czymś więcej niż jest. Spełniał się cały, był równy samemu sobie.

Powtarzałem sobie tedy niezdarną formułę: on jest i ja jestem, a ogromna prze-strzeń czasu, dzieląca daty naszych urodzin, kurczyła się, nikła. Byliśmy współcześni.

 

  1. Herbert, „Akropol”, s. 129

 

 Nie było naszym zadaniem raczenie czytelnika wątpliwą uciechą, że nie ma w historii spraw czystych, że pod hasłem wolności kryje się często przemoc, co dla niektórych jest wygodnym usprawiedliwieniem aktualnych i przyszłych nadużyć słów i siły [...]. Jaki morał wypływa z tej opowieści o ujarzmieniu wyspy Samos? Myślę, że ten: najeźdźcy wracając z wojny przynoszą w fałdach mundurów, na podeszwach butów — zarazek, od którego chorować będzie ich własne społeczeństwo, ich własne swobody.

 

  1. Herbert, „ Sprawa Samos”, s. 144

 

Pin It