Uliczki są jak strumienie górskie, mają ostry nurt i otwierają nieprzewidziane perspektywy. Z placu Il Duomo spływa się zakosem do Quartiere Vecchio. Przeraź-liwa cisza południa. Rolety opuszczone, miasto śpi, domy też, pod tynkiem unosi się i opada zwolniony oddech kamieni. Pod bramą dwa czarne krzesła, jak trumny oparte u stolarza pod ścianą. Ulice są puste, tylko na murkach śpią koty. Dotknięte ręką otwierają oczy, w których — jak na zatrzymanych zegarach — zapisane jest nieruchomo południe wąską wskazówką źrenicy.

Herbert, „Il Duomo”, s. 53

 

Tylko takie miasta są coś warte, w których można się zgubić. W Sienie można zginąć jak szpilka w stogu siana. Na via Galuzza domy spotykają się łukami, idzie się jak po dnie wąwozu; pachnie kamieniem, kotami i średniowieczem.

Herbert, „Siena”, s. 84

 

Dla ludzi średniowiecznych smak popiołu nie miał, jak dla nas, smaku nicości. Śmierć w ogniu była przedsionkiem piekła, tego nie gasnącego stosu, na którym cierpią nigdy nie spalone do końca ciała. Ogień fizyczny łączył się z ogniem ducho-wym. Męka aktualna zapowiadała mękę wieczną. Niebo — siedziba wybranych, owe chłodne, milczące masy powietrza były w oczach konających dalekie i nie do zdobycia. [...]

W historii nic nie zamyka się ostatecznie. Metody użyte w walce z templariuszami weszły do repertuaru władzy. Dlatego nie możemy tej odległej afery pozostawić bladym palcom archiwistów.

Herbert, „Obrona templariuszy”, s. 176–177

 

Zeszyt i szkicownik idą do kieszeni i zaczyna się najprzyjemniejsza część programu — flanowanie, to znaczy:

włóczenie się bez planu, weług perspektyw, a nie przewodników,

oglądanie egzotycznych warsztatów i sklepów: ślusarza, biura podróży, zakładu pogrzebowego,

gapienie się,

podnoszenie kamyków,

wyrzucanie kamyków,

picie wina w możliwie najciemniejszych kątach: Chez Jean, Petit Vatel,

zadawanie się z ludźmi,

uśmiechanie się do dziewcząt,

przytykanie twarzy do murów w celu łowienia zapachów, zadawanie konwencjo-nalnych pytań tylko po to, aby sprawdzić, czy życzliwość ludzka nie wyschła,

przyglądanie się ludziom ironicznie, ale z miłością, asystowanie przy grze w kości,

wstępowanie do antykwariatów z zapytaniem, ile kosztuje grające hebanowe pudełko i czy można posłuchać, jak gra; potem wychodzenie bez hebanowego pudełka,

studiowanie menu wytwornych restauracji, które zwykle wywieszone są na zewnątrz i pogrążanie się w lubieżnych rozważaniach: homar czy ostrygi na początek [...],

dokładne czytanie programu festynu z nagrodami, jakie można wygrać w Tomboli dla żołnierzy,

a także wszystkich innych ogłoszeń, zwłaszcza pisanych ręcznie.

Z. Herbert, „Wspomnienia z Valois”, s. 211–212

 

Pin It